Wielkopolski Klub Turystyczny Niewidomych i Słabo Widzących "Razem na Szlaku" od lat propaguje czynny wypoczynek i to w sposób przyjazny dla jego członków, mając na uwadze nie tylko program, ale możliwości wykonawcze uczestników. Klubem od lat kieruje Paweł Piechowicz, człowiek demokratycznie wybrany na to społeczne stanowisko i posiadający duże doświadczenie organizacyjno-turystyczne. Jako zwolennik tzw. demokracji sterowanej, ma zwyczaj przedstawiać członkom klubu turystyczne projekty i po przedyskutowaniu wszelkich "za i przeciw" płynnie przechodzi na styl dyrektorski. W tym momencie kończą się swobodne dyskusje i koncepty na rzecz dyscypliny, bez poszanowania której trudno jest wyobrazić sobie funkcjonowanie 40-osobowej zbiorowości.
Nic nie dzieje się tu na żywioł. Zanim zamysł zostanie wprowadzony w życie, szef drobiazgowo sprawdza ceny i przyjazne dla niewidomych miejsca zakwaterowania oraz wyżywienia. Gruntownie opracowuje też trasy przejazdów i wędrówek, selekcjonuje przewodników pod kątem współpracy z niewidomymi. Muszą oni nie tylko posiadać wiedzę o rejonie, ale i umieć "sprzedać" ją barwnie i przystępnie. Nie bez znaczenia jest także zapewnienie stałej opieki lekarskiej.
Kiedy w głównym zarysie program jest gotowy, pozostaje nie mniej ważna sprawa - uczestnicy. Do klubu należą małżeństwa niewidomych, osoby samotne i z dodatkowymi schorzeniami, ponadto zróżnicowane wiekowo. Nie każdy może zapewnić sobie przewodnika-opiekuna, stąd wspierają nas zaprzyjaźnieni wolontariusze. Nikt z niewidomych nie pozostaje bez pomocy czy wsparcia, począwszy od przybycia na miejsce zbiórki, aż do momentu dotarcia do domu po zakończeniu obozu. Należy stwierdzić, że nie ma tu wyścigu i przepychanek kosztem słabszych. Każdy ma wyznaczone miejsce w przedziale, na szlaku i przy posiłku.
W tym roku pojechaliśmy na Roztocze. Roztoczański Park Narodowy jest przepiękną ziemią, bogatą w pamiątki historycznej sławy, chwały i klęsk nie tylko polskiego oręża, narodowych zrywów i bohaterstwa, zapobiegliwej gospodarności panów na Zamościu i mniej znanych postaci. Chodziliśmy po zielonych szlakach do zapomnianych cmentarzy, mijając kapliczki i przydrożne krzyże, których tutaj pełno, zwiedzaliśmy kościoły i miejsca kultu, muzea i unikalne zakątki.
Dobry przewodnik, miłośnik przyrody i dziejów ojczystych, to skarb nieoceniony. Mieliśmy szczęście spotkać takiego. Pan Tadeusz Macocha znał nie tylko historię i teraźniejszość Roztocza, ale zajmująco opowiadał i pokazywał osobliwości przyrodnicze - drzewa, rośliny, ciekawą konfigurację terenu. Z kolejnych baz codziennie wyruszaliśmy na ciekawe wyprawy do Osuch, gdzie poległo 1500 partyzantów, do urokliwych miejscowości pełnych zabytków: Górecko Kościelne, Strzebrzeszyn z pomnikiem chrząszcza, Zamość, Zwierzyniec, Czartowe Pole, ścisły rezerwat przyrodniczy Sopot, Kazimierz, Sandomierz, Krasnobród, ze znanym miejscem kultu maryjnego i "złotym" kościołem Dominikanów, dawny szlak Grodów Czerwieńskich i przepiękną zagrodę-skansen w Guciowie. Tutaj mieliśmy możliwość posmakować tradycyjnych potraw regionu. Zwiedziliśmy okolice Józefowa i jego osobliwość - słynny kamieniołom. Zrobiliśmy także wypad do Lwowa, o którym napiszę przy sposobności. A wszystkie te wspaniałości podbudowywał swoją wiedzą i barwnymi historiami nasz nieoceniony przewodnik.
Każdy szanujący się turysta ma jakąś maskotkę na szczęście - zielony kamyk, starą mapę, menażkę. My także mamy przemiłą maskotkę w postaci Gapci - jamnikopodobnej suczki, niestrudzenie drepczącej na szlaku i pilnie baczącej, czy aby wszystko jest w porządku i nikomu krzywda się nie dzieje. Toteż "rozpuszczamy" swoją maskotkę łakociami i pieszczotami, za co odwdzięcza się, obszczekując psim sopranikiem wszelkiej maści intruzów.
Wszak nie samymi wędrówkami turysta żyje. Nie ma mowy, aby nie było posiad przy ognisku, opowieściach i śpiewie. Chętni, a raczej chętne, zbierały siły, aby poćwiczyć aerobik, prowadzony przez niewidomą koleżankę Elę Szczepańską. No i pan Tadeusz sprawił nam niespodziankę. W "zieloną noc" nawiedził grupę z rodzinką i oto rozległ się jego gromki okrzyk: "Ognisko, ogniiiisko". W niespełna 10 minut obsiedliśmy krąg i w nagrodę łaziki pałaszowały solidną porcję zebranych przez naszych gości czarnych jagód i truskawek. Na koniec pobytu urządzono "burzę mózgów" na temat tego, co można ulepszyć, poprawić, aby następne wyjazdy były jeszcze bardziej satysfakcjonujące. Szef wysłuchał, zanotował i zachował do przemyślenia. Małego psikusa sprawiło nam PKP, ale od czego organizacyjna sprawność? Telefonicznie zatrzymaliśmy lubelski pociąg i grupa niezwykle sprawnie przemieściła się do niego.
Koszt pobytu został skalkulowany na możliwości niezamożnych uczestników, stąd Paweł i Lidka Piechowiczowie szukali sponsorów, którzy wzbogaciliby nieco skromną klubową kasę. Dzięki ich umiejętnościom negocjatorskim takowi się znaleźli - PZU "Życie" i Kompania Piwowarska "Lech". Dzięki ich życzliwości mogliśmy opłacić przejazdy, wstępy i inne turystyczne wydatki. Chwała sponsorom za to.
Bywałam na różnych obozach i imprezach organizowanych przez koła, okręgi i instruktorów w naszych ośrodkach. Bardzo często bywało tak, że niewidomi byli pozostawieni własnemu losowi, a dominowali niedowidzący, których mamy w PZN znakomitą przewagę. Marzy mi się, aby wszyscy odpowiedzialni za wypoczynek chociaż w części zechcieli wykorzystać organizacyjne doświadczenia naszego klubu "Razem na Szlaku".